Moja przygoda z prokrastynacją

Ostatnio zewsząd pada ku mnie cokolwiek modne słówko „prokrastynacja”, oznaczające po prostu „odkładanie na póżniej”. Odkładanie czego? Tego, co powinniśmy zrobić. Tego, co sobie zaplanowaliśmy, co wpisaliśmy w kalendarz, tego o czym marzymy, albo czego się boimy. A w przypadku, o który mi chodzi – konkretnie odwlekania w czasie pisania.

Prokrastynacja dopadła i mnie. Tak naprawdę to chyba nie zdawałam sobie sprawy, że mam z nią jakikolwiek problem. Jestem typem pracoholika, a kiedy piszę, to zwykle wtedy, kiedy naprawdę nie mogę się powstrzymać. Ale stało się – od paru tygodni odkładam moje pisanie w czasie. Na myśl o tworzeniu czuję się zniechęcona i bezsilna.

Jak do tego doszło?

Pomijając zmęczenie codziennymi obowiązkami, przed którymi prawie nikt nie może uciec, niedobory słońca i snu… myślę, że:

–>jest to skutek uboczny napisania i zredagowania poprzedniej powieści w dwa miesiące. Doświadczyłam wówczas chyba stanu zwanego flow, słowa płynęły właściwie same, a ja, choć niedosypiałam, niedojadałam i pozwalałam psiej sierści zaścielić podłogę, to naprawdę doskonale się bawiłam. Teraz tak nie jest. Już nie jest tak łatwo. Wróciłam do pisania mojej powieści historycznej, co wymaga weryfikowania wielu żródeł, nawet jeśli główny research już za mną – i już nie idzie tak gładko.

–>zainwestowałam w samo przygotowanie do pisania bardzo wiele czasu i wysiłku i zwyczajnie obawiam się, czy ta „inwestycja” zwróci mi się w postaci satysfakcji z książki, kiedy będzie ona ukończona. Nie mam takiej pewności. Raczej wątpię. A więc się boję.

A teraz z innej beczki. Zaczęłam zastanawiać się, czy ta okropna prokrastynacja, z którą wszyscy, jak słyszę, próbują walczyć, naprawdę jest czymś złym?

Z mojej perspektywy – niekoniecznie.

Praca twórcza to nie to samo co mycie podłogi albo okien, za które nie możemy się zabrać. To nie jest (jednak) coś mechanicznego. Pisanie wymaga odpowiedniego skupienia umysłu, a przede wszystkim – wymaga czasu.

Czas na pisanie to nie tylko te chwile, kiedy rażno, albo i z mozołem, stukamy w klawiaturę.

To również, a może przede wszystkim, czas, który poświęcamy na karmienie naszej wyobrażni. Na szukanie, a moze raczej na dostrzeganie pomysłów. Na planowanie. Na czytanie dobrych książek. Na rozrysowywanie fabuły. To czas na przemyślenie tego, w jaki sposób powinna rozwinąć się kolejna scena, albo tego, co poczuli nasi bohaterowie.

Pewne pomysły potrzebują czasu, żeby pracować w nas jak drożdże w młodym winie, żeby okrzepnąć, żeby nabrać smaku i odpowiedniego kolorytu.

Taka właśnie jest moja refleksja a propos prokrastynacji. Żyjemy w czasach, kiedy nieustannie za czymś gonimy, a codzienne tempo wyciska z nas energię jak sok z cytryny. Przyzwyczailiśmy się chyba, ze tak musi być – lepiej, więcej, dalej… I tak od nowa. Ale tworzenie opowieści to nie wyscig. Przynajmniej nie dla wszystkich.

Ja postanowiłam dawać sobie czas 🙂

Jeśli potrzebujesz odpoczynku – odpocznij.

Jeśli brakuje ci pomysłów – odpuść na chwilę.

Jeśli pisanie nie sprawia Ci frajdy – to nie ma sensu się zmuszać.

Przecież w tworzeniu chodzi o to, żeby dobrze się bawić, poczuć moment radości i spełnienia – a czy można być radosnym i spełnionym pod presją czasu, albo własnej ambicji, albo nieubłaganego kalendarza?

Dobra historia, jak dobre wino, może leżakować wiele lat – i nie straci nic ze swego smaku 🙂

Nie zrozumcie mnie żle – czasem dopada nas, jak mnie teraz, lęk przed rozczarowaniem własnym dziełem. Ale czasem bywa tak, że historia w nas jeszcze nie dojrzała. Trzeba na nią cierpliwie poczekać 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *